poniedziałek
| 24 czerwca 2019

Kto nie kocha przyrody? Chyba tylko wyjątkowo nieciekawe indywidua, godne bezwzględnego potępienia. A więc wszyscy porządni ludzie kochają przyrodę i gotowi są jej bronić, gdy jest zagrożona. No właśnie, ale kto decyduje, kiedy naprawdę jest zagrożona? Jak to kto? Autorytety (przyjęło się nazywać ich ekologami). I tu pojawia się problem.

Wydawałoby się, że sprawa jest prosta. Autorytetami powinni być znawcy tematu, z odpowiednim wykształceniem i wieloletnią praktyką. Niestety, miano ekologa przypina się każdemu, kto interesuje się naturą, choćby nawet nie miał o niej zielonego (nomen omen) pojęcia. Autorytety w tej dziedzinie, najczęściej kreowane są przez media. Bardzo często autorytetem okrzyknięta zostaje osoba niemająca żadnego merytorycznego przygotowania. I – o ironio – często odmawia się prawa głosu najbardziej kompetentnym specjalistom. Dobrym przykładem mogą być ciągłe próby dyskredytowania badaczy i znawców funkcjonowania ekosystemów leśnych – ludzi z gruntownym wykształceniem przyrodniczym oraz długą praktyką pod absurdalnym zarzutem – za to, że w lesie widzą jedynie skład desek. To tak jak gdyby na konsylium w sprawie stanu serca zaprosić gastrologa, ortopedę i powiedzmy dentystę (wszyscy oni są przecież lekarzami), ale wykluczyć kardiologa. Często na autorytety kreują się też osoby o silnie ideologicznym podejściu do przyrody. Ci zazwyczaj hołdują zasadzie, że "jeżeli teoria nie zgadza się z rzeczywistością, to tym gorzej dla rzeczywistości". Tak kształtuje się elita tzw. "ruchów ekologicznych", która traktuje szerokie rzesze zwykłych miłośników przyrody jako "pożytecznych idiotów" (określenie przypisywane Leninowi wobec żyjących na zachodzie sympatyków ZSRR, znaczenia nie trzeba chyba tłumaczyć).

Taki układ jest bardzo wygodny dla wszystkich, którzy chcieliby manipulować opinią publiczną. Tematy związane z ochroną przyrody i środowiska doskonale się do tego nadają. Świetnym przykładem takiej manipulacji jest walka ze zmianami klimatu. Wmawia się ludziom, że mające miejsce ocieplenie, jest wynikiem nadmiernej emisji CO2 przez współczesną cywilizację i że konieczne są ogromne wyrzeczenia, aby ten proces powstrzymać. Złośliwie można by zapytać, kto był odpowiedzialny za efekt cieplarniany tysiąc lat temu, kiedy klimat na półkuli północnej był cieplejszy niż dziś? (Grenlandia była zieloną wyspą, a wikingowie w otwartych łodziach przepływali północny Atlantyk). Zmiany klimatu są zjawiskiem cyklicznym, niezależnym od nas, a walka z nimi przypomina mi walkę z wiatrakami. Kto na tej manipulacji korzysta? Zaangażowani w badania naukowcy (do wzięcia jest co najmniej 15 mld dolarów, a sprawa jest rozwojowa) oraz politycy, którzy wiedzą, że straszenie wyborców bardzo pomaga utrzymać się przy władzy.

Manipulowanie opinią w sprawach przyrodniczych może być też pomocne w walce konkurencyjnej w różnych dziedzinach gospodarki. Mamy tu szereg przykładów z własnego podwórka. Potężne podmioty gospodarcze z Europy Zachodniej niechętnie patrzą na konkurencję ze strony rozwijającej się polskiej gospodarki. Można więc domniemywać, że są im na rękę kampanie utrudniające życie niektórym gałęziom polskiego przemysłu. Przykładem może być niedawna próba likwidacji polskiego przemysłu futrzarskiego.

Od pewnego czasu mamy też wyraźnie do czynienia z atakiem na zdobywający rynki zachodnie przemysł drzewny. Ten z kolei, jest prowadzony różnymi drogami i ma na celu ograniczenie pozyskania drewna w Polsce, co zmniejszyłoby dostawy surowca dla przemysłu. Należy tu wyraźnie zaznaczyć, że ilość drewna wycinana obecnie w polskich lasach w żadnym stopniu nie zagraża ich trwałości oraz ochronie przyrody. Jest ona bardzo rygorystycznie określana w tzw. planach urządzania lasu, zatwierdzanych przez ministra środowiska i nie przekracza 70 proc. masy drewna, jaka co roku przyrasta w lasach (w wyniku wzrostu grubości i wysokości drzew). Do gry włączyła się ostatnio Komisja Europejska znana z dbałości o interesy niektórych członków Unii kosztem innych (np. w sprawie polskiego przemysłu stoczniowego). Wymyślono mianowicie, że trzeba ograniczyć pozyskanie drewna w Europie, rzekomo w ramach walki z ociepleniem. Na pierwszy rzut oka sprawa jest czysta. Stracą wszyscy producenci drewna na czele z największymi: Niemcami i Skandynawią. Nic podobnego. Kraje, których energetyka jest niskoemisyjna (procentowo, bo w liczbach bezwzględnych Niemcy produkują znacznie więcej CO2 niż Polska) otrzymają korzystne przeliczniki, które spowodują, że redukcja pozyskania drewna praktycznie ich nie dotknie. Co innego w Polsce, która ma energetykę opartą głównie na węglu. Być może uda się z tej pułapki wyślizgnąć, pokazując dodatkowe powierzchnie zalesione, które dotychczas, z powodu zaniedbań administracyjnych figurowały jako grunty rolne.

Sięgnięto też do innych działań. "Organizacje ekologiczne" od dawna wysuwają coraz to nowe żądania objęcia kolejnych terenów leśnych ochroną, najlepiej ścisłą. Ostatnio guru polskich "ekologów" Adam Wajrak (przygotowanie merytoryczne – z trudem zdana matura) zażądał na łamach "Gazety Wyborczej" wyłączenia z użytkowania 20 proc. polskich lasów. Argument? "Od tego zależy przetrwanie ludzkości". Naprzeciw temu pomysłowi wyszła jedna z organizacji certyfikujących gospodarkę leśną, konkretnie FSC (Forest Stewartship Council) blisko powiązana z międzynarodową organizacją WWF. Idea certyfikacji gospodarki w założeniu jest bardzo szczytna. Ma gwarantować prowadzenie gospodarki zrównoważonej, przyjaznej środowisku. Kiedy ten system certyfikacji wchodził do Polski w pierwszej połowie lat dwutysięcznych, certyfikatorzy sprawdzali głównie, czy leśnicy przestrzegają przepisów polskiego prawa. Oprócz ogólnych, międzynarodowych standardów można było wypracować standardy krajowe, uwzględniające lokalne doświadczenia i ułatwiające zachowanie certyfikatu. Tak było w wielu krajach, ale nie w Polsce. W tworzeniu krajowych standardów certyfikacji mogą uczestniczyć (zgodnie z wewnętrznymi przepisami FSC) wszystkie organizacje społeczne, mające w swoim statucie zainteresowanie tematyką ekologiczną. Kilka lat temu przystąpiono do tworzenia polskich standardów. Miały one być (o dziwo) znacznie bardziej restrykcyjne niż międzynarodowe. Okazało się jednak, że w tak zwanej "izbie przyrodniczej" FSC Polska, oprócz wypróbowanych sojuszników takich jak: WWF, Greenpeace i podobne, znalazły się też organizacje zdroworozsądkowe, które zablokowały szkodliwe pomysły. Niewiele brakowało, by polskie standardy uzyskały kształt korzystny zarówno dla polskiej przyrody, jak i gospodarki. Na to zgody nie było. Centrala FSC natychmiast rozwiązała swoją polską filię (z rażącym naruszeniem własnych, obowiązujących procedur). Podobny tryb zastosowano już wcześniej w krajach bałtyckich. Obecnie odtworzono FSC Polska, ale do pracy nad standardami dopuszczono już "jedynie słuszne" organizacje. Przygotowany projekt, gdyby wszedł w życie, doprowadziłby do wyłączenia z użytkowania co najmniej 20 proc. polskich lasów. Czy to nie dziwna zbieżność z żądaniem Wajraka? Certyfikacja jest dobrowolna, więc teoretycznie można z niej zrezygnować, ale przez długie lata tak urabiano opinię publiczną w krajach rozwiniętych, że obecnie bardzo trudno jest sprzedać wyroby z drewna bez certyfikacji.

Przykładów manipulacji można przytoczyć więcej. Klasycznym przypadkiem była sprawa obwodnicy Augustowa, czyli słynna afera Rospudy. Projekt drogi powstał już w roku 1996. Chodziło o odciążenie Augustowa, przez który przejeżdżało codziennie tysiące wielkich ciężarówek (droga ta stanowi jedyne lądowe połączenie krajów bałtyckich z Unią Europejską). Trasa musiała w pewnym momencie przeciąć rzekę Rospudę, uważaną przez "ekologów" za perłę polskiej przyrody. Problem w tym, że w Polsce Północnowschodniej przyroda niemal wszędzie zachowana jest w znakomitym stanie i nie da się przeprowadzić inwestycji liniowej bez naruszenia obszarów cennych. Pseudoekolodzy od początku bardzo gwałtownie zwalczali ten projekt. Wymyślono następujące argumenty:

– torfowiska, wśród których płynie Rospuda, to tereny dziewicze, nietknięte ludzką ręką. W dodatku, jeśli wbije się w nie pale, na których miała się opierać estakada drogi, to woda ucieknie, a torfowiska ulegną osuszeniu,

– las rosnący na brzegach rzeki to naturalna puszcza, której nie wolno tknąć,

– rosnące na tym ternie niezwykle rzadkie storczyki ulegną bezpowrotnemu zniszczeniu,

– gniazdujące tu chronione gatunki ptaków – orlik krzykliwy i bocian czarny – stracą tereny lęgowe i wyniosą się z okolicy.

Argumenty te okazały się całkowitą bzdurą. Torfowiska Rospudy nie tylko nie są "nietknięte ręką ludzką", ale wręcz powstały dzięki ludzkiej działalności. Od ok. 600 lat uboga ludność okoliczna wykaszała nadrzeczne podmokłe łąki porośnięte turzycami. Siano było kiepskiej jakości i trzeba je było wynosić na plecach (bo nie dało się tam wjechać wozem), a czymś trzeba było karmić bydło. Dzięki temu nie mogła się rozwijać roślinność drzewiasta i na odkrytym terenie powstały torfowiska. Są to tzw. torfowiska niskie, zasilane przez podsiąkające od dołu wody gruntowe, więc wbicie pali pod estakadę, nie mogłoby ich osuszyć. Las został posadzony sztucznie (są na to dokumenty w nadleśnictwie). Jeśli chodzi o storczyki, to z ekspertyzy prof. Sokołowskiego (jednej z dwóch ekspertyz naukowych dotyczących tej inwestycji) wynika jasno, że storczyk miodokwiat występuje na tym obszarze licznie i  nawet jeśli pojedyncze stanowiska znajdą się na trasie drogi, to nie będzie to miało wpływu na całą populację tego gatunku. Ta sama ekspertyza rozwiewa też obawy dotyczące ptaków. Droga nie naruszyłaby miejsc ich gniazdowania. Drugą ekspertyzę opracował prof. Tomaszewicz z wydziału biologii Uniwersytetu Warszawskiego, torfoznawca, badacz tych właśnie torfowisk. Również on nie potwierdził zagrożenia ze strony inwestycji. Spowodowało to gwałtowną reakcję jego silnie zideologizowanych kolegów z rady wydziału, którzy (choć nie byli specjalistami w tej dziedzinie) odcięli się od ustaleń profesora, twierdząc, że jest to tylko jego prywatna opinia. W wyniku zaistniałego konfliktu prof. Tomaszewicz został wyrzucony z pracy.

W 2007 roku do konfliktu włączyła się Komisja Europejska opanowana przez siły lewicowo-liberalne, które nie ominęły okazji, żeby ugodzić w nietolerowany przez nią rząd Prawa i Sprawiedliwości. Pod tym atakiem rząd się ugiął i postanowiono zmienić przebieg drogi. W rezultacie w błoto poszło 300 mln zł, które już zostały wydane. Rozebrano wybudowany już odcinek drogi, a ciężarówki przez kolejne dziesięć lat rozjeżdżały Augustów. Dobrym przykładem manipulowania opinią publiczną w czasie tego konfliktu były opowieści o tym, jak ideowi obrońcy przyrody przywiązywali się do platform na drzewach. W rzeczywistości robili to zawodowi pracownicy firm wykonujących prace na wysokościach, którzy za taką usługę otrzymywali 400 zł dziennie. Pieniądze organizacje ekoterrorystyczne otrzymywały między innymi z Unii Europejskiej. Najciekawsza jest pointa przyrodnicza. Z powodu niskiej opłacalności ludność zaprzestała użytkowania łąk na torfowiskach. Nastąpiła naturalna sukcesja. Obszar porósł drzewami. Jest to koniec siedlisk torfowiskowych. W dodatku orlik krzykliwy i bocian czarny wyniosły się stamtąd, ponieważ są to gatunki, które gnieżdżą się w lesie, ale do żerowania potrzebują terenów otwartych. Zasłonięcie światła przez drzewa spowodować też musi zanik storczyków. Prawdopodobnie, gdyby powstała estakada drogi, na której przewidziano tarasy widokowe, zadbanoby też o wykaszanie łąk w zasięgu wzroku i przynajmniej część ekosystemu torfowisk zostałaby ocalona.

Szczytowym "osiągnięciem" manipulacji związanej z ochroną przyrody jest sprawa Puszczy Białowieskiej. Temat jest tak złożony, że należałoby poświęcić mu osobny artykuł. Tu wyjaśnimy tylko najważniejsze sprawy. Koronnym argumentem organizacji żądających objęcia całej Puszczy ochroną ścisłą było kłamliwe twierdzenie, że jest ona "ostatnim lasem naturalnym na niżu europejskim". W rzeczywistości nie ma tam dziś lasów całkowicie naturalnych, a jedynie fragmenty zbliżone do naturalnych. Stanowią one 18 proc. obszaru i wszystkie są chronione w parku narodowym i rezerwatach. Mimo to, poprzednie rządy spełniając żądania ekoterrorystów, zakazały prowadzenia rutynowych działań ochronnych, kiedy świerczyny puszczańskie zaatakował kornik drukarz. Kiedy obecny rząd próbował zareagować, włączyła się Komisja Europejska, korzystając ponownie z okazji do walki ze znienawidzonym PiS-em. W rezultacie bezprawnych działań, doszło do zamarcia 9000 ha lasów świerkowych, w tym rezerwatu imienia Szafera, który podlegał prawnej ochronie. Niestety, działania unijnych biurokratów ułatwiła naiwność polskich władz. Jadąc do Brukseli, celem wyjaśnienia sprawy, postanowiono użyć silnych argumentów merytorycznych. I to był błąd. Argumentów tych nikt nie zamierzał słuchać, a prowadzący sprawę urzędnicy nie byliby nawet w stanie ich zrozumieć. Wszystko oparto o kruczki prawne. Gdyby strona polska zaangażowała doświadczonych prawników, biegłych w prawie unijnym i zaprawionych w brukselskich potyczkach, być może udałoby się coś wywalczyć.

Na zakończenie chciałbym zaapelować do miłośników przyrody. Nie popierajcie w ciemno apeli o ochronę jakichś obiektów, jeśli nie macie pełnego rozeznania, o co tak naprawdę chodzi. Niewłaściwa ochrona bardziej szkodzi naturze, niż jej brak. A najbardziej szkodliwe są działania mające podłoże polityczne.

Fot. Agnieszka Radzik

Opublikował:
Piotr Lutyk
Author: Piotr Lutyk
O Autorze
Dr inż. Piotr Lutyk - leśnik, specjalista w zakresie ochrony ekosystemów, były naczelnik Wydziału Ochrony Ekosystemów Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Warszawie.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.