sobota
| 21 września 2019

W związku z planowanymi protestami nauczycielskich związków zawodowych poseł Tomasz Jaskóła z Kukiz"15 na swoim facebookowym profilu opublikował sondaż z pytaniem "Czy jesteś za strajkiem nauczycieli od 8 kwietnia w celu podwyżki o 1000 złotych uposażenia, włączając w to protest w czasie egzaminów i matur?". Odpowiedzi były mniej więcej pół na pół. Ale nie ma to znaczenia, bo to pytanie zostało źle skonstruowane. Zaproponowałem posłowi, by zmienić ankietę na: "Czy systemem edukacji w końcu powinien zająć się rynek tak, żeby to właściciel każdej szkoły ustalał płace nauczycieli, a nie państwo?". Przyznał mi rację. Odpisał, że jest "zwolennikiem takiego rozwiązania, ale to wołanie na pustyni".

To rynek, a nie urzędnicy, powinien ustalać stawki płac nauczycieli. Bo największym problemem polskiej edukacji jest to, że jest centralnie sterowana. Państwo rozporządzeniem ustala płace, a Kartą Nauczyciela warunki pracy nauczycieli. Na dodatek państwo decyduje o podstawie programowej, od której nie ma ucieczki. No ale w socjalizmie i demokracji wszystko musi być zglajszachtowane. W efekcie szkoły nie mogą konkurować ze sobą ani lepszym programem nauczania, ani płacąc wyższe pensje lepszym nauczycielom. Skutkiem tego są fatalne dane zawarte w raporcie przygotowanym na zlecenie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii "Szkoła dla innowatora". Wynika z niego, że system edukacji i podstawa programowa zabija wśród uczniów myślenie, co nie pomaga im w późniejszym dorosłym życiu.

– Na egzaminach powinny być sprawdzane głównie umiejętności, czyli logiczne myślenie, kojarzenie itd.

– uważa emerytowana nauczycielka.

Szkoła zabija indywidualizm

Ale to czemuś służy. Indoktrynacji, która ma na celu stworzenie społeczeństwa posłusznego. Chodzi o zabicie indywidualizmu, by ludzie nie potrafili niezależnie myśleć, samodzielnie wyciągać wniosków, a w rezultacie nie sprzeciwiali się systemowi i władzy. Złem jest jedna podstawa programowa, bo edukacja powinna być różnorodna i nie powinno o tym decydować ministerstwo, tylko właściciele poszczególnych szkół. Wtedy ci rodzice, którym pasuje seksedukacja i nauczanie o zboczeńcach – mogliby tam posyłać swoje dzieci, a inne do szkół, gdzie takiej deprawacji nie ma. No ale socjalistom właśnie chodzi o to, by demoralizacją objąć wszystkich. I w głowie im się nie mieści, że można by zlikwidować Ministerstwo Edukacji.

– Jak to? Będziemy mieli analfabetów!

– bredzą, powtarzając stereotypy z poprzedniej epoki.

Nauczyciel to bardzo ważny zawód, od niego zależą przyszłe pokolenia, ale narażę się, jak napiszę, że tylko niewielki odsetek nauczycieli to prawdziwi pasjonaci, którzy kochają swój zawód i potrafią wiele nauczyć. Sam miałem taką nauczycielkę z historii w szkole podstawowej. Takim nauczycielem jest geograf Przemysław Fabjański, dyrektor Akademickiego Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Chorzowie, który upowszechnił wśród młodzieży miłość do podróży poprzez organizację szkolnych wypraw geograficznych, głównie do Azji. Taką nauczycielką z pasją była też moja mama, już na emeryturze, która uczyła matematyki.

Niestety, zdecydowana większość nauczycieli pracuje w tym zawodzie tylko dlatego, że nie trafiło im się w życiu nic lepszego. Nie mieli, gdzie się podziać, więc zostali nauczycielami. I jest to – oczywiście – skutek niskich płac w oświacie. Cześć z tych ludzi można łatwo poznać po tym, że przy każdej okazji chcą się wyrwać ze szkoły i próbują sił w innych miejscach, choćby jako samorządowcy czy parlamentarzyści. W Czeladzi (woj. śląskie) znaczna część radnych w kolejnych kadencjach to nauczyciele. Mój nauczyciel wychowania fizycznego najpierw został senatorem PO, a teraz jest burmistrzem miasta. Podobnie jeden z posłów PiS wcześniej był nauczycielem w liceum. Ci, którym nie udała się kariera polityczna czy przekwalifikowanie do innego zawodu, panicznie boją się konkurencji, bo byliby pierwsi do zwolnienia.

Uwolnić edukację

Oczywiście, każdy chce zarabiać jak najwięcej. Nauczyciele, choć nie zarabiają kokosów, to jednak nie mają źle, biorąc pod uwagę poziom, jaki sobą prezentują. Dostają trzynastki, dodatki stażowe, wakacyjne, świąteczne, wychowawcze, nagrody i przysługują im inne przywileje z Karty Nauczyciela, jak trzy lata płatnego urlopu dla poratowania zdrowia, o czym zdecydowana większość pracowników, nie tylko sektora prywatnego, nie może nawet pomarzyć. W takiej sytuacji nauczyciele mają czelność żądać podwyżek?

Dlaczego zamiast deprawacji dzieci seksedukacją czy indoktrynacją ideologii LGBT, nie wprowadza się lekcji z tematyki, która by się przydała w dorosłym życiu? Gdzie są rzetelne lekcje przedsiębiorczości, podstaw prawa i medycyny? Dlaczego nie propaguje się wolnościowych postaw, choćby w gospodarce, poprzez upowszechnienie wiedzy o austriackiej szkole ekonomii? To jest wiedza realnie pożyteczna i potrzebna. Absurdem jest to, że państwo decyduje, jakie lektury szkolne będą czytali uczniowie. Zresztą kolejne zmiany listy lektur budzą liczne kontrowersje. To jest sprawa wyłącznie nauczyciela języka polskiego, który sam powinien móc decydować o autorskim zestawie lektur. Czy nie dzieje się tak dlatego, że państwo nie ma kompletnie zaufania do swoich funkcjonariuszy oświatowych, a może zdaje sobie sprawę z faktu, jak niski poziom oni sobą reprezentują?

Przede wszystkim szkoła powinna być po to, by uczniowie nabywali wiedzę i umiejętności na wysokim poziomie, a nie po to, by nauczyciele mieli pewną pracę. Do tego nie jest potrzebna rozbudowana biurokracja w postaci Ministerstwa Edukacji i kuratoriów oświaty. Do tego nie jest potrzebna podstawa programowa i centralne ustalanie płac nauczycieli. Potrzebne są za to różnorodne programy nauczania oferowane w szkołach, gdzie uczą najlepsi nauczyciele, otrzymujący wysokie pensje. Programów nauczania powinno być tyle, ile jest szkół, a może nawet tyle, ilu jest nauczycieli. I o tym, który program i który nauczyciel jest lepszy, nie powinno decydować państwo, tylko rynek, czyli rodzice, posyłając swoje dzieci do wybranej placówki. Wtedy ci najgorsi musieliby opuścić zawód.

Zdaniem posła Jaskóły, "w edukacji nic się nie zmieni dopóty, dopóki nie wprowadzimy konkurencyjności do zawodu nauczyciela (eliminując osoby, które nie powinny w nim pracować), nie wprowadzimy bonu oświatowego, takich samych praw dla oświaty niepublicznej, wolności tworzenia całego systemu nauczania". Poseł ma całkowitą rację, ale nie zmieni się nic w tym zakresie, dopóki oświatą rządzić będą związki zawodowe na spółkę z politykami. To ostatni ludzie, którym zależy na podniesieniu poziomu edukacji w Polsce.

Fot. Agnieszka Radzik, freepik.com

Opublikował:
Tomasz Cukiernik
Author: Tomasz Cukiernik
O Autorze
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i komentator gospodarczy, a z zamiłowania – podróżnik. Autor trzech książek (m.in. „Dziesięć lat w Unii” i „Socjalizm według Unii”) oraz około tysiąca artykułów opublikowanych w polskiej prasie i Internecie.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.