czwartek
| 19 września 2019

 

Wyglada na to, że Polacy wcale nie inwestują pieniędzy z z programu "Rodzina 500+" w produkty dla dzieci. Powodzeniem cieszą się za to małe i duże sprzęty AGD.

Z danych, które opublikował dziennik "Rzeczpospolita", wynika, że Polacy ruszyli na zakupy do centrów handlowych. Według gazety, w maju ruch w centrach handlowych był bardzo duży, a wyniki finansowe centrów wzrosły, w porównaniu z kwietniem, o 13 procent. W ujęciu rocznym daje to wielkim sieciom (dodajmy – zagranicznym) wzrost o ponad 7 proc. Eksperci od handlu przewidują, że to jeszcze nie koniec zwyżkowego trendu. 

A co kupują Polacy za pieniądze z programu "Rodzina 500+”? Przede wszystkim duże i małe AGD (wzrosty wartościowe odpowiednio o 11% i 12% – co świadczy, że Polscy kupują drogie sprzęty). W dalszej kolejności zabawki, meble i ubrania dla dzieci (kolejność według "Rzeczpospolitej"). Eksperci od handlu nie mają złudzeń, że pieniądze z rządowego programu nie pójdą na żywność, co zresztą widać po wynikach. Trudno więc będzie rządowi głosić, że "500+" zwalczył biedę i ubóstwo, bo biedny, znaczy się głodny, nie kupuje ani telewizora (już prędzej kupi pralkę lub lodówkę), ani konsoli PS4.

Rząd ma problem, bo Polacy poszli do obcego kapitału (znaczy się centrów handlowych) kupować obce produkty (większość sprzętu AGD, ubrań i zabawek to zagraniczna produkcja). W ten sposób rodacy pogrzebali patriotyzm gospodarczy, o którym w ostatnim roku wiele mówili rządzący politycy. Przełkną oni tę żabę, bo w końcu liczy się konsumpcja, która to w Polsce głównie wytwarza PKB i utrzymuje nasze państwo.

Niewątpliwie Polacy dzięki programowi "Rodzina 500+" zrobią cywilizacyjny skok w sferze sprzętu AGD. Będziemy mięć nowoczesne sprzęty, kupione za pieniądze, które nie zostały wytworzone wskutek pracy, będącej rezultatem zrealizowanych inwestycji, ale dzięki przejedzeniu dochodów ze sprzedaży częstotliwości mobilnych oraz kombinacji budżetowych.

Rząd się cieszy, bo "500+" zapewne wzmocni konsumpcję, a ta od 2008 roku ratuje Polskę przed wpadnięciem w otchłań kryzysu. Z kolei Narodowy Bank Polski oraz minister finansów liczą, że masowa konsumpcja wreszcie wywoła inflację, która pożre część odsetek naszego długu publicznego i jednocześnie zwiększy wpływy z podatku VAT i z akcyzy, czyli z głównych źródeł dochodów budżetowych.

Politycy i zwykli Polacy cieszą się i zapominają o twardych prawach ekonomii. Należy raz jeszcze podkreślić, że obecna konsumpcja w ramach "500+" to konsumpcja (znaczy się wydatki państwa) tegorocznych dochodów (sprzedaż częstotliwości komórkowych) i przesunięć budżetowych.

Polakom chyba umknęły informacje, które przedstawił kilka tygodni temu wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki. Powiedział on z trybuny sejmowej do posłów, że Polska do tej pory rozwijała się na długu. W efekcie – jak podkreślił – ponad 70 proc. polskiego długu jest w obcych rękach, a 2/3 polskiego PKB wytwarzają zagraniczne firmy. Znaczy to tyle, że Polskę za finansowe gardło trzyma obcy kapitał, a z wypracowanych pieniędzy w naszym kraju zostaje 1/3.

Rząd rozumie, jak poważny jest problem. Odczyt PKB za pierwszy kwartał był wręcz lodowatym prysznicem – wyniósł 3 proc., a nie 3,6-3,8 czy nawet 4,1 proc. jak prognozowano. By roczne PKB było takie, jak zaplanował rząd czyli 3,8 proc., to rozwój gospodarczy w każdym kolejnym kwartale musi wynieść średnio 4,2 proc. To naprawdę wielkie wyzwanie. 

Rząd widząc, że jednak nie ma szans na zarobienie realnych pieniędzy bez powiększenia zadłużenia zaproponował (taki pomysł przedstawiło Ministerstwo Finansów), że część "500+" wypłaci Polakom (by nie zdenerwować rodaków tylko tym, którzy sami tak zechcą) w postaci obligacji skarbowych na dużo lepszych warunkach procentowych niż zwykle oferuje. Swoją drogą to wręcz genialny ruch, bo wreszcie można byłoby budować oszczędności Polaków, a to przecież one stanowią istotny element bogactwa każdego państwa. Pomysł jednak szybko umarł, bo konsumpcja jest ważniejsza, a na ekonomicznych salonach mówi się, że Rada Polityki Pieniężnej powinna w lipcu obniżyć jeszcze bardziej stopy procentowe, by Polacy jeszcze więcej kupowali.

Jeśli rządowi nie uda się uruchomić gospodarki w oparciu o inwestycje z pieniędzy nie pochodzących z długu (sprzedaż obligacji lub zaciągniecie kredytu), to ekonomia za kilka lat boleśnie przypomni o swoich prawach. Nie ma co się czarować – rząd w tym roku już nie zarobi ponad 22 mld zł (bo tyle będzie kosztować "500+" w roku przyszłym), więc będzie musiał je pożyczyć, czyli zwiększyć nasz dług. Będzie robił to, co robił rząd Donalda Tuska.

Polacy będą mieć gotówkę na dalsze zakupy, rząd będzie miał wpływy z VAT i akcyzy. Być może też wreszcie ruszy inflacja na poziomie 1,7 procent (taką przewiduje rząd). I wszyscy będą szczęśliwi. Radość będzie wielka jak w złotym okresie epoki Gierka, a potem... A kto by się tym przejmował? 

Jacek Strzelecki 


wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.