czwartek
| 19 września 2019

 

Rząd PiS po cichu, w angielskim stylu, odchodzi od sztandarowego pomysłu niższego wieku emerytalnego. Powód jest jeden, ale rząd nie chce go ujawnić.

– Będzie wiek emerytalny 60 i 65 lat powiązany ze stażem pracy

– powiedział w programie "Burza polityczna" w portalu Fakt24.pl Henryk Kowalczyk, minister w rządzie Beaty Szydło.

A staż – według ministra – ma wynosić 35 lat dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn. Liczą się w pełni przepracowanane lata, czyli w pełni opłacone składki ZUS. Powiedzmy wprost – minister Kowalczyk faktycznie podtrzymał wiek emerytalny (67 lat) wprowadzony przez rząd Donalda Tuska. I to zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Ktoś powie: "zaraz, zaraz, premier Beata Szydło kilka dni temu powiedziała, że wcześniejsze emerytury są aktualne, tyle że dopiero od 2018 roku". No to są czy nie są?

Emerytury w Polsce to politycznie wdzięczny temat, łapiący za serca i umysły Polaków. Rzec można, że to niezły lep na wyborców. Kiedy politycy obiecują Polakom, jaka to czeka ich świetlana przyszłość, jeśli tylko ich wybiorą, to zwyczajnie mamią i czarują. Nie trzeba być ani ekonomistą, ani bankierem, ani tym bardziej ministrem finansów, by samemu dojść, jaka jest prawda. O stanie finansów państwa sporo można poczytać w mediach. Co ciekawe, wiele miejsca poświęcają temu tabloidy, które w prosty sposób wykładają sedno sprawy. I mimo tego Polacy nadal głosują za jedną lub drugą partią, która obiecuje im świetlaną emerytalną przyszłość. 

Czy emerytury będą wyższe i czy wiek emerytalny będzie niższy od 2018 roku – jak to zapowiedziała Beata Szydło – zależy od dwóch faktów: stanu budżetu państwa i wysokości długu publicznego.

Budżet naszego państwa jest sztywny. Znaczy to tyle, że ponad 70 proc. to wydatki, które zawsze trzeba ponieść (emerytury, służba zdrowia, szkolnictwo, wojsko, policja, utrzymanie urzędników itp.). Pozostaje jedynie dwadzieścia kilka procent, które są zabezpieczeniem na tzw. czarną godzinę.

Blisko 70 proc. naszego długu publicznego jest w rękach obcych inwestorów (zagranicznych banków, funduszy, rządów itp.), a 2/3 polskiego PKB wytwarzają zagraniczne firmy w Polsce. Pisząc jaśniej, Polska jest na smyczy obcych instytucji, a Polacy we własnym kraju pracują na 2/3 zysków zagranicznych firm. Pozostaje nam jedynie 1/3 zarobionych (wypracowanych) pieniędzy.

Polacy (po części za sprawą mamiących polityków, a po części z lenistwa i niechęci interesowania się własnym krajem) nie są świadomi tego, jak tragiczna jest sytuacja naszego państwa od strony finansowej. Dzięki temu politycy czują się bezkarni. Dlaczego tak się stało? Odpowiedź jest prosta, ale trudna do uświadomienia sobie.

Otóż trzeba zrozumieć, że od początku przemian gospodarczych w Polsce nie ma żadnej wizji rozwoju gospodarczego naszego kraju. Jedyną strategią ekonomiczną była wyprzedaż majątku narodowego za przysłowiowy bezcen. W efekcie nie było polskich przedsiębiorstw, które tworzyłyby majątek nowej Polski. Za to kolejne rządy – jak to powiedział w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – "blokowały aktywność obywateli, a rozściełały czerwone dywany przed zagranicznymi korporacjami. Cały czas mamy rasizm gospodarczy, co oznacza, że polscy przedsiębiorcy finansowali dotacje, ulgi i wszelkie benefity dla zachodnich korporacji. I to był ten model. Model bardziej neokolonialny niż jakikolwiek inny".

Poprzednie polskie rządy, by wygenerować jakiś rozwój gospodarczy kraju, zadłużały Polskę. Wielki "sukces" w tym zakresie miał rząd Donalda Tuska, który przed bankructwem Polski w stylu greckim dokonał zagarnięcia pieniędzy Polaków zgromadzonych w OFE (152 mld zł). Ruch ten poprawił finanse panstwa na niecałe pół roku, ale tą decyzją Donald Tusk ze swoim rządem pozbawił Polaków ich własności. Obecny dług publiczny to prawie bilion złotych (ponad 961 mld zł, czyli 25 854 zł na każdego Polaka). Gdyby Tusk nie zagarnął tych 152 mld zł, dług już dziś wynosiłby ponad 1 bilion 200 mld złotych.

Na odkręcenie tego stanu, zdaniem wicepremiera i ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego, potrzeba minimum 30 lat, pod warunkiem, że Polska przez cały ten czas będzie się intensywnie (nie mniej niż 4 proc. PKB) rozwijać.

Nie dziwią więc słowa ministra Henryka Kowalczyka o tym, że Polacy muszą "odwalić" minimum 35 lat (kobiety) lub 40 lat (mężczyźni) systematycznej pracy, by dostać głodowe emerytury (tylko na takie – przy obecnej polityce gospodarczej – Polskę stać). Mówiąc jaśniej, ci na umowach o pracę coś dostaną, a ci na "śmieciówkach" nie dostaną nic. W praktyce obie grupy czeka praca do śmierci. 

Jacek Strzelecki

Fot. Tomasz A. Poszwa/Freeimages.com

Opublikował:
Author: Jacek Strzelecki
O Autorze
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.