wtorek
| 23 października 2018
Maciej Eckardt | 13 lipca 2018

Maciej ECKARDT: Krwioobieg partii musi być drożny

Kaczyński

Decyzja Jarosława Kaczyńskiego zakazująca łączenia funkcji radnych z pracą w spółkach skarbu państwa wywołała zrozumiałą nerwowość w szeregach partii, a w niektórych przypadkach wręcz panikę. Ruch prezesa jest jednak racjonalny, nie tylko z powodów marketingowych, ale przede wszystkim wewnątrzpartyjnych.

Prezes postanowił udrożnić partyjny krwioobieg, który czopują dzisiaj różne – przepraszam za słowo – personalne złogi, co grozi partii miażdżycą. Schorzenie to, jak wiadomo, może prowadzić do przedwczesnego zejścia, którego prezes już raz doświadczył i widać wyraźnie, że ani mu w głowie powtórka z rozrywki. Jako że Jarosław Kaczyński nie lubi rozwodzić się o swoich decyzjach, przekaz poszedł krótki – do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Co oczywiste, aplauzu dla tego typu ekstrawagancji nie było. Zaległa więc wymowna cisza. Nikt nie zaszemrał. To zrozumiałe, w partii Trybunałem Konstytucyjnym, KRS-em i Sądem Najwyższym jest prezes. Nikt inny.

Radni, którzy masowo zaokrętowali się w państwowych spółkach, stanęli więc przed dramatycznym wyborem – robota życia, czy skromna dieta. Mieć 15 tys. miesięcznie (wersja uśredniona) plus bonusy, czy zadowolić się dietą radnego, wahającą się w zależności od szczebla samorządu od 1500 do 2500 zł. Decyzja wbrew pozorom nie jest łatwa, bo bycie radnym, to większa szansa zachowania roboty. Nie dlatego, że radnego trudno zwolnić, ale dlatego, że każdy radny, uczestnicząc w politycznej grze, jest trudniejszy do ustrzelenia przez wewnętrznych wrogów. Do tego dochodzi jakiś tam prestiż, co w polityce ma znaczenie.

W każdej partii, a PiS nie jest tutaj wyjątkiem, jest tak, że w przypadku fuch istnieje kolejność dziobania. Ta wygląda następująco – najpierw dziobią funkcyjni, potem ich zastępcy, potem zastępcy zastępców, potem żony, szwagry i kochanki, a na końcu, kiedy do wzięcia są już tylko ochłapy, partyjni maruderzy. Odejście z funkcji radnego wytwarza więc próżnię, która tę prawidłowość zakłóca, bo na zwolniony stołek radnego może trafić wróg, który rychło może urosnąć w siłę, zmienić kolejność dziobania, a wtedy żegnaj dobra roboto. Ryzyko jest więc spore, gdyż można zostać na kompletnym lodzie. Największym wyzwaniem jest więc teraz kombinacja, jak by tu zjeść ciastko i mieć ciastko.

Tutaj kluczowa jest osoba prezesa, na którego zezują, czekając na dokładniejszą wykładnię w nadziei, że nuż prezesowi tak tylko się "wypsnęło" i sprawa rozejdzie się po kościach. Jest to nadzieja płonna, bo prezesowi nic się nie wypsnęło". Prezes wielokrotnie udowodnił, że osobiście do pieniędzy ma stosunek chłodny, a na tych, którzy za bardzo ciągną do mamony, patrzy spode łba. Gdzie może tam ostatnio kasę tnie, po uważaniu rzecz jasna, nie bacząc na opór materii, bo – jak wiadomo – do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Sytuacja wygląda więc fatalnie, a zniesmaczony ruchami prezesa aparat niewiele może zrobić, bo cały jego byt od niego właśnie zależy, a właściwie od jego łaski. Ta, jak wiadomo, na pstrym koniu jeździ, więc nie ma co wierzgać.

Decyzja prezesa uderza przede wszystkim w lokalny aparat kierowniczy, który po latach przymierania głodem licznie i udanie zaimplementował się w państwowych spółkach, w których przeprowadził rzeź niewiniątek, na co gewałt podniosła oczywiście totalna opozycja, zupełnie jak w tym dowcipnym powiedzeniu o wole, co to zapomniał, jak cielęciem był. Rzezi jednak trzeba było dokonać, bo chodziło o odbicie państwa z rąk wiadomo kogo, a to, jak wiemy, robi się szybkimi desantami lub nalotami dywanowymi, co spółki właśnie przeżyły, choć czy słowo "przeżyły" jest tutaj adekwatne, to czas dopiero pokaże. Tak czy siak, państwowy biznes został szczęśliwie odbity i kiedy wydawało się, że wszystko już zaczyna układać się tak pięknie, a nowe trybiki zaczynają chodzić jak w szwajcarskim zegarku, przyszedł prezes i wszystko zepsuł.

Sęk w tym, że prezes niczego nie zepsuł. Zrobił racjonalny krok i udrożnił partię przed najważniejszą rozgrywką, jaka czeka ją w przyszłym roku, czyli wyborami parlamentarnymi. Wytyczenie linii demarkacyjnej pomiędzy samorządem a państwowym biznesem, o ile się prezesowi uda, pozwoli mu lepiej zarządzać zasobami ludzkimi, które stojąc w rozkroku, w żadnej mierze siły partii nie budują. Nie da się ukryć, że jest to jedno z najciekawszych posunięć prezesa. Dla wielu ideowych członków nadjszła właśnie wiekopomna chwila. Ilu z nich wybierze zaszczytną służbę samorządową? Istna tragedia antyczna z Demiurgiem w tle. Jak dla mnie, polityczny cymes.

Fot. Wikimedia Commons

Opublikował:
Maciej Eckardt
Author: Maciej Eckardt
O Autorze
Publicysta, bloger. Politycznie hasający po polach niczyich. Ojciec zaabsorbowany wychowywaniem trojaków. Obserwujący świat także z ich perspektywy.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.