poniedziałek
| 10 grudnia 2018

Nad Ucią zachodziło czerwone jak krew robotników uckich listopadowe słońce. W ponurym gabinecie prezydentki Hanny Z. panował przyjemny półmrok. Sama wybrańczyni narodu siedziała w głębokim fotelu, czekając na gościa specjalnego – Ilonkę Karp-Śledź. Znaną z tego, że zawsze pluła z wiatrem – w 68 przeciw Żydom, teraz za nimi. I jeszcze potrafiła przejechać 50 kilometrów autem, nie odejmując ust od butelki wódki. Czasami tylko  wjeżdżając przy tym w ciężarówkę z firmy innego (p)osła. Gdy ta zjawiła się w gabinecie, Hanka wyciągnęła dwie butelki czystej żołądkowej i postawiła przed (p)oślicą.

– No to zdrowie

– zadysponowała parlamentarzystka, otwierając obie butelki, podając jedną z nich prezydentce.

– Do dna?

– zapytała Hanka.

– Nie. Najwyżej pół

– odrzekła Ilonka, dodając w ramach usprawiedliwienia: zdrowie już nie to.

– Co teraz ze mną będzie?

– jęknęła cicho samorządówa do wieloletniej koleżanki, z którą mogłaby wspólnie otworzyć skup surowców wtórnych, w zakresie szkła białego.

– Dobrze będzie. Nie ruszą cię. Cała Uć i pół kraju za tobą stoi. I Sund Najwyższy. I Rzecznik Praw Ubywatelskich. I jeszcze cała Mumia (Euro)pejska. Nic się nie bój Hanka.

– Masz rację. Skąd ja mogłam wiedzieć, że pomoc temu mojemu idiocie będzie mi się paręnaście lat później polityczną czkawką odbijać? To może na drugą nóżkę?

– zapytała wyraźnie podniesiona na duchu Hanna Z., wyciągając z barku dwie kolejne butelki "Gorzkiej Żołądkowej" ...

– Zresztą, po co mi ten mój?

– Hanka wyraźnie się rozkręcała.

– Pamiętasz Ilonka jak se Murzyna Johnego z Nigerii wzięliśmy do Partii, żeby nie być gorsi od starej Nowaskiej, co była wicepremierzycą i miała takiego miłego Simonka z Kamerunu? Ten nasz to dopiero miał... możliwości polityczne.

– Urwa czy tu musi być tak głośno. Chyba będę musiał wrócić na rodzinne Bałuty

– mruknął, gramoląc się ze śmietnika Zdzisław Pierdź.

Całe swoje, mało pracowite życie uckiego menela spędził (poza frustrującym czekaniem na kasę w Opiece Społecznej i równie frustrującym czekaniem do darmowej jadłodajni) na konsumpcji niskobudżetowych, za to kopiących jak karateka alkoholi. Spróbował ich w wieku 8 lat i teraz gdy miał już 53 wiosny stwierdził, że ta pasja ukształtowała jego całe dorosłe życie. Ponieważ jednak żadna ze stron konfliktu pod ratuszem nie wyglądała na bliźniaczki matki Teresy z Kalkuty, więc zamiast dwójki na winko, mógł od nich tylko w ryj dostać.

Wygramolił się do końca ze śmietnika i ruszył w kierunku parku Sienkiewicza, licząc na znalezienie na chodniku jakiegoś niedopalonego kiepa. Stwierdził, że tam też będzie musiał oddać nadmiar mocznika w organizmie, bo akurat w najbliższej bramie ekipy WSI24 i TVPiS radośnie i przyjaźnie wymieniały ze sobą słowa, gesty i ciosy. Łamiąc przy tym uświęconą zasadę, że pierwsi relacjonują wyłącznie wnętrze ratusza, a drudzy zewnętrzny szturm sił Dobrej Zmiany. Zaczęło się niewinnie – reporterki (długochuda, garbatonosa czarnula z WSI i mała, pulchna blondyna z TVRząd) wymieniały między sobą krytyczne uwagi na temat swojego wzrostu, wagi, pochodzenia etnicznego, wieku, naturalnej i nabytej (dzięki studiom) tępoty oraz ilości (i braku jakości) partnerów seksualnych. Żeby potem płynnie przejść do rzekomo wykonywanego przez matkę interlokutorki jednego z najstarszych zawodów świata i zdobytych w ten sposób przezeń chorób wenerycznych.

Jedna miała, jak to mówili świadkowie, robić w portowej dzielnicy Hajfy za śmietniskiem z odpadami rybnymi, a druga w lesie przy trasie na Ostrołękę. W którymś momencie czarna nie wytrzymała konstruktywnej krytyki i próbowała kopnąć blondynę, jednak ta zdążyła się schować za swoim kamerzystą, który cios szpilki przyjął na swoje cochones i z głośnym wyciem opadł na kolana. Moment triumfu reporterki z WSI nie trwał długo, ponieważ w tym czasie blondyna, wykorzystując mikrofon jak nunchaku, zadała podstępny cios, łamiąc jej garbaty nos, a gdy ofiara opadła, zgrabnie zawinęła jej kabel od mikrofonu wokół szyi niczym garotę i próbowała ją udusić. Co miało nawet szansę powodzenia, ponieważ kamerzysta Czarnej (świeżo zaimportowany do Polski banderowiec z Łucka) na ten widok wzruszył ramionami i sięgnął po schowanego za pazuchą szczeniaczka, czyli litrową, metalową manierkę z pędzonym na czarnobylskiej trawie 60-procentowym bimbrem z Łucka o nazwie "Banderowskij", co wypalał oczy jak jego dziadek w 43.

Tymczasem w drugiej bramie przybyła z odsieczą z nieodległej Warszawy Ruda z PŁÓOD-u (PŁÓOD – Potwornie Łakomi Óbywatelscy Obrońcy Demokracji) wraz z lokalnym patriotą, kamienicznikiem "Farmazonikiem" raczyli się buteleczką "Wiśnióweczki". Po czym spojrzeli w swe oczy i zrozumieli, że... wspólne frontowe przeżycia gwałtownie rzuciły ich sobie w ramiona, niczym Adam i Ewa, czyli Romeo i Julia. Uniesienie było, jakby im ubyło po 40 lat, ale trwało to zaledwie chwilę, do momentu spełnienia.

– Jak będzie synek, damy mu na imię Rafał

– powiedziała Ruda.

– A jak córunia, to będzie Hanka. Jak twojej i mojej szefowej

– odpowiedział jej wyraźnie wzruszony Farmazonik. I przytulili się do siebie z Konstytucją pośrodku.

Ilonka przeszła obok czających się na schodach z bronią wszelaką elitarnych bojowników PŁÓOD-u. Wyszła z ratusza, minęła worki z piaskiem i poczwórny drut kolczasty na zaostrzonych palach i zaporach przeciwczołgowych, za którymi leżeli ubrani w panterki ze strażackimi hełmami na głowach i butelkami z benzyną w dłoniach, najwierniejsi działacze uckiego PLOOD-u. Wyszła na ulicę. W bramie i na deptaku przy Trybunalskiej 104, gdzie mieścił się magistrat, zebrali się zwolennicy i przeciwnicy Hanki Wybranej. Ci pierwsi, nowocześni i radośni. Średnio w wieku około 60 lat. Pod sztandarami z Tęczą, Unią Pejską, Koalicją Antyobywatelską i miejskimi Uci (w postaci dziurawej żółtej łódki, z fontannami niebieskiej wody). Wspierały ich swoimi występami artystycznymi kapele – łódzka "Dzieci z beczek" i warszawska "Zhandluj Polkę do niemieckiego burdelu". Mieli przy tym radosne transparenty: "Murem za Hanką", "70 proc. na TAK".

Przeciwnicy – ponurzy i zacięci kato-nacjona-faszyści ze wsparciem Kół Różańcowych, lokalnego Klubu Gazety NiePolskiej i inni DobroZmianowcy mieli ze sobą flagi biało-czerwone i mało ambitne, za to wulgarne transparenty z hasłem "wyp...laj złodziejko", czy "Hanka jest smutna, bo będzie w areszcie na Smutnej. Od jutra". Ponieważ listopad był wyjątkowo zimny, więc obie strony wzięły coś na rozgrzewkę. Na skutek czego pierwsze puste butelki poszły w grupę przeciwników albo były tłuczone na tulipany. Przed główną linią wojsk walczyli już pierwsi harcownicy. Jakaś gruba baba w różowej kiecce z przypiętym opornikiem flekowała ubraną na czarno staruszkę. Jednak ta nie odpuszczała, próbując trafić ją w oczy palcami prawej dłoni, ewentualnie złamać jej na głowie trzymany w lewej ręce parasol. Widok pierwszej krwi harcowników podniecił oba tłumy do zwarcia się ze sobą niczym dwie fale greckiej falangi.

Widok tylu radośnie bawiących się ludzi w to święto demokracji wzbudził szczere pragnienie przyłączenie się do niej ze strony kibiców ŁKS-u i Widzewa. Najpierw liderzy obu grup "Łysy" z Ełksy i "Kudłaty" z Widzewa rzucili jednogroszową monetą, kto będzie walczył po której stronie. W efekcie czerwono-biało-czerwoni przyłączyli się do Dobrej Zmiany, a biało-czerwono-biali (choć z wyraźnym obrzydzeniem) do Koalicji Antyobywatelskiej i tęczowych. Po czym obie grupy zjednoczone okrzykiem "Je....ć Żydów" rzuciły się w swoim kierunku.

– Jak na derbach

– krzyknął wyraźnie uszczęśliwiony Kudłaty, wypluwając po trafieniu łokciem krew wraz z dwoma zębami i kopiąc jakiegoś tęczowego ze sztandarem w narzędzie grzechu.

Łysy radośnie mu pomachał lewą ręką, ponieważ akurat prawą i kolanem dusił, przyciskając do chodnika jakiegoś dziadka z Klubu Pewnej Gazety...

– A ty czemu się nie bijesz?

– krzyknął, biegnący z mikrofonem, rozgorączkowany reporter Polshitu, siedzącego z piwem na chodniku małolata.

– A bo mię to nie dotyczy. Ja jestem kibicem Boruty Zgierz

– cwanie odpowiedział 13-latek, pociągając kolejnego łyka piwa "Matador", pędzonego na żółci bydlęcej i z wyraźną lubością zaciągając się ukraińskim malboraskiem z przemytu.

Miejski komendant policji Józef Ciołek i jego rodzony młodszy brat, komendant uckiej Straży Miejskiej Stefan Ciołek siedzieli wspólnie w suce i walili wspólnie szczeniaczka łychy.

– Patrz, do czego to się w życiu doszło. A mówili, że jak stary w MO będziemy ogórki z beczki jedli, bo mu się łeb do słoika nie mieścił. Ale jak staruszek przeszedł do SB, to nam drogi kariery otworzył, zanim zszedł na marskość wątroby

– powiedział pierwszy.

– A co teraz mamy robić

– zapytał drugi.

– Wycofać ludzi, przecież nie będziemy narażali funkcjonariuszy, a zwłaszcza funkcjonariuszek, żeby w tej bijatyce im paznokci nie połamali

– stwierdził Józef.

– No fakt. Ty wiesz ile bym miał absencji i procesów o odszkodowanie za cierpienie i straty moralne. To nie jest jedna babcia z pietruszką, co ją można w dziewięciu strażników spacyfikować. Tu można w ryj dostać!

Po około godzinie uckie pogotowie zanotowało około 400 rannych. Co oznaczało złote żniwa zarówno dla lekarzy, jak sanitariuszy i przedsiębiorców pogrzebowych. Aż w karetkach zabrakło Pavulonu. Tymczasem ranni wciąż napływali.

– Kuwa, jakbym wiedział, to bym se dodatkowe zmiękczacze załatwił i stara od szwagra na ciała

– zażartował ponuro lekarz pogotowia Sławomir R., rozdzielając grube pliki banknotów od właściciela firmy "Godne i Wieczne Odpoczywanie", kierowcy Marianowi i sanitariuszowi Wiesławowi.

Znany był w pewnych kręgach jako "Doktor Pavulon" albo "Doktor Śmierć". Ponoć nawet umierający bez kończyn chcieli uciekać na jego widok, a karetkę musiał na własny koszt opancerzyć, żeby kamienie i siekiery się odbijały.

– Dzisiaj zarobiłbym na apartament w Emiratach Arabskich

– westchnął od serca kwiat uckiej medycyny.

Krew lała po uckich brukach niczym piwo na October Fest. Wszędzie latały sztuczne szczęki, naturalne zęby i wszelkiej maści protezy i sprzęt ortopedyczny. A reprezentacyjna Trybunalska była zasłana ciałami rannych. Wtem stał się cud. Niczym anioły dobroci lub inni trzej królowie przybyli wysłannicy pokoju: lokalny arcybiskup Wilk, poprzedzany przez księdza Lemana oraz były premier Leszek z Żyrardowa i sam Adrian z Mumii Wolności. Wszędzie, gdzie przechodzili, kończyła się walka i milkli jęczący ranni.

– Ułaskawienie!

– wykrzyknął Leman.

– Króluj nam 70-procentowa Hanko!

Najwyższa władza usłuchała demokratycznej woli uckiego ludu! Możesz dalej zadłużać to miasto! A tłumy z obu stron padały na kolana. Część wyciągnęła Konstytucje i zaczęła je czytać. Inni odkuśtykiwali w mrok uckiej nocy, czarnej jak sumienie faszysty.

Fot. Aleksandra Kasperska

Opublikował:
Michał Miłosz
Author: Michał Miłosz
O Autorze
Absolwent historii i filologii polskiej na UŁ, podyplomowych studiów ekonomicznych dla dziennikarzy na INE PAN oraz kursu MON dla korespondentów w rejonach działania Polskich Kontyngentów Wojskowych.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.